powrót

Stefan Wilkanowicz

Powołanie dziennikarza
11.04.2003

Skoro powołaniem chrześcijanina jest naśladować Chrystusa, a zatem kochać ludzi, wypada zapytać jak dziennikarz ma kochać swoich czytelników, słuchaczy czy widzów. Oczywiście nie chodzi tu o uczuciową bliskość wobec tysięcy czy milionów nieznanych ludzi, lecz o staranie o ich dobro, o troskę o ich potrzeby, godność i prawa.

Narzuca się tu oczywiście najpierw prawo do informacji, ponieważ przekazywanie informacji jest podstawowym obowiązkiem dziennikarza. Ale tu natychmiast zaczynają się problemy: o jakie informacje chodzi, przecież nie o wszystkie możliwe, trzeba dokonywać jakiegoś ich wyboru. W oparciu o jakie kryteria?

Nie ulega wątpliwości, że trzeba podawać takie, do których ludzie mają prawo, ale nie mają dostępu. Jest to jasne w krajach totalitarnych czy dyktatorskich, które rzeczywistość ukrywają, deformują lub wręcz wymyślają.

Rola dziennikarzy jest tu wielka, a ryzyko zawodowe nieraz bardzo duże.

Znamy te problemy dobrze, u nas na szczęście przeminęły. Choć istnieją nadal propagandowe manipulacje i informacje niewygodne, szkodzące czyimś interesom. Można by rzec, że dawniej chodziło głównie o wolność, a teraz o korupcję. I tu rola mediów jest znowu ważna - poniekąd zastępują one niektóre władze w ich funkcjach kontrolnych, przeciwdziałają skrywanemu złu.

Ale na tym ich rola się nie kończy. Przecież dziennikarz zawsze wpływa na swoich odbiorców, czy tego chce czy nie. Oddziałuje najpierw przez dobór informacji i sposób ich przedstawiania.

Czy wystarczy realizować zasadę, że "podajemy wiadomości dobre lub złe, lecz zawsze prawdziwe"?

Rzecz w tym, że najczęściej podajemy złe, bo wydawcy sądzą, że takie jest zapotrzebowanie (czyli że takie sprzedają się lepiej). Nie jest pewne, że tak jest rzeczywiście, a jeśli jest, to natychmiast budzi się pytanie: dlaczego tak jest? Czy taka jest natura ludzka czy też tak odbiorcy zostali wychowani? Oczywiście nie jestem w stanie generalnie rozstrzygnąć tego sporu, ale nie mam wątpliwości, że istnieje tu coś w rodzaju sprzężenia zwrotnego: odbiorcy są przyzwyczajani do sensacyjnego zła i po jakimś czasie rzeczywiście go potrzebują, domagają się go. Po części dlatego, że dobro bywa często ukryte, nie narzuca się (bo jeśli się zbyt reklamuje to budzi podejrzenia że to tylko reklama, a zatem niszczy samo siebie), rzadko bywa "z natury" sensacyjne. Zatem dobro jest słabo znane, wobec tego nie doceniane.

Do tego dochodzi działanie konkurencji: trzeba się licytować w sile bodźców, a zatem coraz więcej przemocy, krwi i brutalnego seksu, będącego zaprzeczeniem miłości. Jest to więc konkurencja degradująca, deformująca człowieka.

Oczywiście można liczyć na to, że po pewnym czasie ludzie zaczną mieć tego dosyć, zorientują się, że potrzebują czegoś innego. Ale czy można czekać aż zaczną spontanicznie wymiotować? To może potrwać, a szkody rosną każdego dnia.

Wydaje mi się, że już można by zacząć wydawać pismo (czy inne medium), które byłoby świadomie "inne", starało się być bliskie rzeczywistości (to znaczy oddawać rzeczywiste proporcje dobra i zła) i odpowiadać na istotne (choć nieraz nieuświadomiane) potrzeby człowieka. Czyli rozpocząć proces edukacyjny zmierzający do budzenia (czy odkrywania) wyższych potrzeb.

A na początek przeciwdziałać dominacji zła i dbać o odpowiedni sposób jego przedstawiania. Można się tu posłużyć przykładem "Ouest-France", największego francuskiego dziennika. Jego dziennikarze zobowiązani są stosowania dość precyzyjnych reguł przedstawiania przestępstw, okrucieństw czy zbrodni. Ich podstawą są proste zasady:

  • mówić nie szkodząc
  • pokazywać nie szokując
  • dawać świadectwo bez agresji
  • ujawniać bez potępiania

  • Zawsze dbać o szacunek wobec człowieka.
    W tym piśmie dziennikarze zobowiązani są (i formowani) do samodyscypliny.

    Na prowadzonych przez Fundację Kultury Chrześcijańskiej "Znak" internetowych witrynach zamieszczamy różne teksty dotyczące konfliktu bliskowschodniego i prób jego rozwiązywania. Wiedząc, że nie da się go zlikwidować bez stopniowego wykorzeniania obustronnej nienawiści, staramy się umieszczać na niej informacje, które temu służą, najpierw więc przykłady dialogu i współpracy między Izraelczykami i Palestyńczykami czy też szerzej, między chrześcijanami, muzułmanami i żydami, także w innych krajach. Nie znaczy to, że zamykamy oczy na fakty przeciwne. Trzeba je znać i rozumieć - aby móc im przeciwdziałać. Dlatego też umieścimy również analizę metod propagandy nienawiści (od Goebbelsa do ben Ladena) oraz artykuł o ksenofobii w polskich mediach i roli prawa w przeciwdziałaniu propagowania kłamstwa i nienawiści.

    W doborze informacji nie chodzi jedynie o proporcje między dobrymi i złymi, lecz także, a czasem przede wszystkim, o stosunek ważnych do błahych. Czasem te ostatnie dominują tak bardzo, że przybiera to groteskowy charakter. Na kongresie prasy katolickiej w szwajcarskim Fryburgu (we wrześniu ubiegłego roku) usłyszałem referat analizujący obsługę medialną panamerykańskiego szczytu, który miał miejsce w Quebecku. Zupełna tragikomedia: dziennikarze interesowali się wszystkim tylko nie powodami zwołania tego zebrania, jego rezultatami i prawdopodobnymi skutkami. O wiele ważniejsze było to, co jedli jego uczestnicy.

    Na tym samym kongresie brazylijski dziennikarz przedstawił szerszą analizę doboru informacji w różnych mediach. Obraz był bardzo pesymistyczny.

    Wnioski: można liczyć głównie na prasę lokalną, bo ona jest bliżej rzeczywistości, mniej poddana ciśnieniu degradującej konkurencji. Ale ta prasa zwykle jest słaba, dlatego też konieczny jest rozwój współpracy między tymi pismami, które nie są wobec siebie konkurencyjne. Ma to szczególne znaczenie w krajach mało demokratycznych: informację niewygodną dla władz publikuje się najpierw w innym kraju, a potem tylko przedrukowuje... Technika prosta, ale często skuteczna.

    Oczywiście i tu są problemy, prasa lokalna bywa w posiadaniu wielkich koncernów, które interesują się jedynie zyskami i starają się je wymusić stosując klasyczne wzory używania przemocy i seksu dla podniesienia sprzedaży. Przy czym najgorsi bywają anonimowi i rozproszeni ich akcjonariusze, którzy prawie nic nie wiedzą o oddziaływaniu ich oszczędności, interesują się tylko dywidendą.

    Ale tu nie koniec problemów. Jak wiadomo, dziennikarz jest pośrednikiem, zbiera i dostarcza informacje. Czy tylko pośrednikiem jednokierunkowym, przekazującym informacje swoim czytelnikom, słuchaczom czy widzom? Czy nie powinien być także ich głosem? Jest to oczywiste w krajach, gdzie zwykły człowiek praktycznie jest niemy, nawet jeśli coś mówi, to jego głos dociera tylko do najbliższego otoczenia.

    Troska o dobro odbiorcy powinna prowadzić do tego, aby mógł on być także nadawcą. Inaczej mówiąc powołaniem dziennikarza jest także bycie poszukiwaczem mądrości ukrytej, głosem tych, którzy nawet nie myślą o tym aby do innych przemawiać. Można tę mądrość uzyskiwać przez wywiady, reportaże i zwłaszcza ankiety. Ale nie sondaże opinii publicznej lecz przez zaproszenie do głębszej, osobistej refleksji, często anonimowej. Ankiety takie, stosowane dawniej przez "Tygodnik Powszechny", dawały nieraz zdumiewające rezultaty, wiele odpowiedzi zaskakiwało nie tylko mądrością ale i poziomem literackim.

    Widać z tego wszystkiego, że niełatwo jest być dobrym dziennikarzem, to zawód trudny i niebezpieczny - łatwo się szkodzi innym i sobie.

    A powołanie? W ujęciu chrześcijańskim to powołanie bardzo wymagające - także modlitwy za swoich odbiorców.

    I koniecznie współpracy, na różne sposoby.